AA

Czy to już?

O wypaleniu, które może dopaść każdego bez względu na płeć, wiek i zajęcie.

„Bardzo duże zmęczenie może powodować nawet psychozę. Będąc bardzo zmęczoną, możesz nie móc zrobić nawet prostych rzeczy. Trudno jest zapanować nad własnym ciałem, nad własnymi myślami, to może powodować lęki. To jest dla człowieka bardzo destrukcyjne, „ciągle za dużo”, ciągle zadyszka, ciągle w takim niepokoju i napięciu. To jest bardziej rujnujące niż trauma. Więc jak się człowiek tak nadużyje i wyczerpie – ja bym tego nie bagatelizowała”.

Monika Winek, psycholog i psychoterapeutka Stowarzyszenia OPTA, w rozmowie z Małgorzatą Łojkowską dla portalu ngo.pl


Małgorzata Łojkowska: – W jednym z wywiadów przeczytałam, że nie ma czegoś takiego, jak wypalenie zawodowe – istnieje tylko zmęczenie albo depresja. Czy wypalenie zawodowe naprawdę istnieje?

Monika Winek: – Istnieje. Diagnozuje się je według kwestionariusza przygotowanego przez amerykańskich psychologów. Wypalenie zawodowe diagnozujemy według trzech kryteriów – pod kątem wyczerpania emocjonalnego, depersonalizacji i obniżonej oceny własnych możliwości.

W jaki sposób dokładnie diagnozuje się wypalenie?

– Pierwszy element, to stan przewlekłego zmęczenia, wyczerpania. Sytuacja, w której trudno się do pracy wziąć, myśli się o niej z niechęcią. I towarzyszący temu brak satysfakcji z pracy. Kiedy myślisz, że twoja praca jest bez sensu, albo do niczego nie prowadzi, warto się zatrzymać i się temu przyjrzeć. Wypaleniu blisko jest do depresji – i może też depresję powodować.

Drugi element?

– Obniżona ocena własnych możliwości, która przejawia się w poczuciu szczególnej nieefektywności w pracy. Masz wrażenie, że jesteś do bani, że nic ci nie wychodzi. Kiedy jesteś wypalona, obiektywnie możesz osiągać sukcesy – dostawać nagrody i premie, nowe propozycje, ale ta praca cię już nie cieszy. Nie doświadczasz satysfakcji z uznania i nie czerpiesz z tego energii.

Trzeci element to depersonalizacja – choć ten stan w słowniku psychiatrycznym oznacza coś innego, niż wtedy, kiedy mówimy o wypaleniu. Depersonalizacja „psychiatrycznie”, to uczucie bycia odrealnionym we własnym ciele. Depersonalizacja w ujęciu wypalenia zawodowego to pewna obojętność w relacjach z klientami lub współpracownikami, pewien rodzaj niechęci do nich, czy irytacji. W przypadku klientów skutkiem takiej niechęci może być nadmierne dystansowanie się, skrócenie czasu spotkań, sformalizowanie kontaktów, w skrajnej formie cynizm.

Cynizm?

– Jako „pomagacze” często doświadczamy trudnych emocji. Historie naszych klientów z jednej strony poszerzają niepomiernie wiedzę o świecie – często dotyczy ona ludzkich dramatów i krzywd, jakie sobie ludzie nawzajem wyrządzają, z drugiej konfrontują nas z naszymi ograniczeniami – pomagacze także funkcjonujących w jakichś systemach i mających własne deficyty. Czasami łatwiej to znosić, kiedy pomyślisz, że ludzie są przykładowo jakoś winni swojej sytuacji – na przykład ofiary przemocy są w jakiś sposób winne tego, co je spotyka. To jest pewien rodzaj mechanizmu obronnego, który pozwala przypisać odpowiedzialność na zewnątrz, żeby chronić siebie przed rozpaczą, poczuciem bezradności, niemocy, osamotnienia, czasami też braku kompetencji.

Jaka jest różnica pomiędzy dystansem do spraw osób, którym pomagamy, a wspomnianą przez ciebie wcześniej depersonalizacją?

– To jest dobre pytanie, czasami trudno to odróżnić. Myślę, że wiele zależy od profesji, bo różne zawody wymagają różnego zaangażowania. Kiedy myślę o zawodzie psychologa, mam wrażenie, że ta linia zostaje przekroczona, kiedy zaczynasz myśleć o ludziach w kategoriach określeń psychologiczno-psychiatrycznych. Kiedy zamiast człowieka widzisz tylko procesy i zaburzenia. W tym jest nawet pewien potencjał stosowania przemocy – kiedy możesz każdego człowieka potraktować etykietą. Myślę, że każdy zawód ma taki swój zestaw. Policjanci, prokuratorzy mówią np. czasami o „znętach i alimenciarach”, lekarze „o przypadkach”.

Kiedy ryzyko przekroczenia takiej granicy pomiędzy dystansem a depersonalizacją jest największe?

– Przede wszystkim wtedy, kiedy jesteśmy w słabej kondycji, a klient pobudza w nas coś trudnego, coś z czym sami mamy kłopot – na przykład znajduje się w sytuacji, w której sami sobie nie radzimy. Trudne może być też spotkanie z ludźmi posiadającymi cechy, których w sobie nie akceptujemy. Kiedy przychodzi ktoś, kto jest uosobieniem cech, których w sobie nie lubimy, możemy czuć potrzebę odepchnięcia takiej osoby – choć sami nie wiemy, dlaczego.

Czasami może być też w drugą stronę – kiedy klient wydaje się nam podobny do nas, w takich cechach, które lubimy. Jesteśmy wtedy skłonni robić różne założenia, które nie są prawdziwe, nadmiernie się zaangażować. Tymczasem klient może mieć zupełnie inne potrzeby. To może powodować frustracje i rozczarowania.

W przypadku takich klientów łatwiej o depersonalizację?

– Łatwiej jest się sfrustrować. Kiedy osiągamy bardzo wysoki, osobisty poziom zaangażowania, może powstać pewna podwójność w kontakcie, a ona jest potwornie energożerna i ryzykowna. Jeżeli pracując z klientem, musisz jednocześnie radzić sobie z natłokiem własnych emocji, bardzo się spalasz. Dlatego taka ważna w roli pomagacza jest wiedza na temat tego, gdzie są różne miny i rafy, z czym sami się zmagamy. To bardzo pomaga w znalezieniu tej właściwej linii dystansu.

Czym różni się wypalenie od depresji? Jeżeli jestem zmęczona, to często wystarczy mi odpoczynek. Jeżeli jestem chora na depresję, to pewnie powinnam wziąć leki?

– Czasami trudno to odróżnić. Jeżeli pójdziesz do psychiatry z wypaleniem i odpowiesz na standardowe pytania wywiadu, może się okazać, że równolegle z wypaleniem – masz depresję. Jeżeli jednak te trudne emocje dotyczą tylko obszaru zawodowego – raczej jest to wypalenie. Chociaż ten stan może oczywiście transferować. W maju WHO zaktualizowało Międzynarodową Statystyczną Klasyfikację Chorób (IDC-1), i wypalenie zawodowe uznano za syndrom zawodowy związany z zatrudnieniem.

Myślę, że ważne dla właściwej diagnozy są też odpowiedzi na pytania o miejsce pracy, o środowisko, w którym człowiek pracuje.

W NGO nie wszystkie osoby pracują z klientami, ale jednak ryzyko wypalenia zawodowego w każdym przypadku wydaje się być duże. Co w mogę zrobić, pracując w takim obszarze, żeby się nie wypalić?

– Myślę, że niezależnie od tego, czy chodzi o pracę w NGO, czy gdzie indziej, czy ogólnie o funkcjonowanie w relacjach z ludźmi, najważniejszą sprawą jest identyfikowanie swoich potrzeb i granic, których człowiek nie chce przekraczać, żeby się nie nadużyć.

Ale przecież nie każdemu taka samoświadomość jest dana.

– To w ogóle nie jest proste. Żeby identyfikować swoje potrzeby, trzeba mieć świadomość tego, co się czuje. Emocje to są takie baloniki do potrzeb. Jeżeli wiesz, co czujesz, to łatwiej nazwać, czego potrzebujesz. I trzeba nauczyć się te emocje identyfikować. A my często w ogóle nie pytamy siebie samych, o to jak się czujemy.

Myślę, że pewną wiedzę nabywa się przez doświadczenie. Na początku życia zawodowego niewiele wiesz o tym, czego potrzebujesz. Ale potem już pewne doświadczenie masz, przećwiczyłaś ileś tam sytuacji, jednych bardziej trudnych, innych mniej. Już wiesz, kiedy czujesz się dobrze z pewnymi warunkami, kiedy nie. Tylko trzeba siebie bardziej słuchać.

Co, jeżeli czuję, że często zgadzam się na zbyt wiele? Czy powinnam pójść na psychoterapię?

– Jeżeli siądziesz w spokoju i pomyślisz – no tak, po raz kolejny zgodziłam się na coś, co teraz powoduje moją złość, a ostatnio w ten sam sposób weszła mi na głowę mama, siostra, przyjaciółka i ktoś jeszcze, to prawdopodobnie jest to problem generalny. Jeżeli to przeszkadza, warto zastanowić się nad psychoterapią. Jeżeli jednak to dotyczy tylko jednego obszaru lub jednego typu sytuacji, to pewnie nie trzeba do tego psychoterapii. Czasami można spróbować popracować na tym, przyglądając się tym sytuacjom, czasami wystarczy po prostu jedna konsultacja u psychologa. Ale jeżeli okaże się, że się wyprowadzało psy i koty trzech przyjaciółek, oporządzało ogrody rodziców, baby sitting uprawiało u siostry i w pracy to wygląda identycznie – to warto pomyśleć o psychoterapii.

Podczas ostatnich wakacji osoba, którą znam, sporo czasu spędziła przy telefonie. Jej klientowi groziła deportacja – to było ważne, takiej deportowanej osobie może grozić śmierć. Powinna się tym zająć na urlopie, czy nie?

– To pewnie zależy od sytuacji, także od tego, czy były inne osoby, które mogły się tym zająć. Zawsze warto jednak pamiętać o zasadzie „pomagaczu, najpierw ratuj się sam”. Jeżeli ten urlop jest ci potrzebny do tego, żeby normalnie funkcjonować, to po prostu musisz kiedyś pojechać na urlop. W samolocie też najpierw zakładasz maskę sobie, a potem dziecku. Jeżeli przestaniemy być efektywni, nikomu nie pomożemy. Ale wiesz, „pomagacze” często mają w sobie taki komponent narcystyczny.

Że to właśnie ja tutaj, właśnie ja, ratuję cały świat?

– Czasami jest to komponent narcystyczny, czasami pewna cecha osobowości wynikająca z biografii. Na przykład wtedy, kiedy jako dziecko realnie byłeś ratownikiem. Jeżeli nie było nikogo innego, kto mógłby przejąć tę rolę, to w życiu dorosłym też będzie trudno ją oddać. Kiedy na przykład tata popychał mamę, stanęło się pomiędzy nimi mając sześć lat, ryknęło i on odstąpił. W takich sytuacjach człowiek czuje moc. Potem już zawsze chciałby to czuć. Tak się ma, tak się przeżywa siebie. To nie jest niczyja wina, tak się życie potoczyło.

Czy takie osoby są bardziej podatne na bycie nadużywanym?

– Na pewno są bardziej podatne na to, żeby nadużywać siebie.

To może być niebezpieczne dla innych?

– Trzeba uważać na to, co daje pomaganie – poczucie sprawczości, siły. To nie znaczy, że to jest źle, że to czujemy. Człowiek generalnie potrzebuje tego, żeby pomagać. Ważna jest tylko odpowiedź na pytanie – po co mi to jest, do czego mi to służy. Bo, jeżeli to jest dla mnie wyjątkowo ważne, żebym czuła się potrzebna w ten sposób, to także jestem bardziej podatna na nadużycia.

Też nie chodzi o to, że to jest generalnie złe. Takie poczucie, że jest się kimś ważnym w życiu drugiego człowieka – to jest ważny element pomagania i może też bardzo mu służyć.

Porozmawiajmy przez chwilę o tych trudnych historiach, z którymi mamy do czynienia w NGO. Wychodzimy z pracy i „chodzimy” z czyjąś historią. Czy z taką sytuacja trzeba coś zrobić?

– Warto jest mieć w takich sytuacjach podręczne, życzliwe ucho, skorzystać z przytomnej, życzliwej obecności innej osoby – wcale niekoniecznie zajmującej się tym, czy my. Dobrze jest mieć też zespół, z którym możesz o tej sytuacji porozmawiać, a najlepiej superwizję.

Czym jest superwizja?

– Superwizja polega na rozmowie z doświadczonym pomagaczem. Podczas superwizji omawiasz swoje trudności w obszarze merytorycznym, ale także osobistym – możesz porozmawiać o tym, co wywołuje twoje emocje. Osoba superwizująca powinna mieć skończona specjalny kurs superwizorski.

W NGO często nie ma superwizji, bo nie ma na to pieniędzy.

– Ja w swoim NGO mam superwizję, za którą nie płacę. To jest interdyscyplinarna superwizja – biorą w niej udział także pracownicy socjalni i prawnicy.

W NGO mamy wiele sytuacji, które po prostu obiektywnie są trudne, obciążające. W sytuacji, w której stykasz się z okolicznościami, które z natury rzeczy są trudne, ich komponentem jest jakieś nadużycie, czyjaś krzywda, nie ma takiej osoby, która sobie ze wszystkim poradzi. Dla której zawsze będzie jasne, co zrobić w tej sytuacji czy w tamtej. Założenie, że są takie osoby, jest błędne. Superwizja to też jest element, który służy przeciwdziałaniu wypaleniu.

Kiedy myślę o wypaleniu zawodowym, ważne wydaje mi się także to, co w ogóle dzieje się w pracy. Podzieliłabym tutaj odpowiedzialność w zakresie przeciwdziałania wypaleniu pomiędzy miejsce pracy a pracownika.

W środowisku NGO toczy się od pewnego dyskusja o kulturze pracy. Niedookreślona odpowiedzialność, idea, duże zaangażowanie, niskie płace lub w ogóle brak pieniędzy. Co może zrobić takie środowisko, żeby nie być wypalające?

– Różni ludzie mają różne potrzeby i różne wymagania dotyczące miejsca pracy, ale myślę, że najważniejsze i wszystkim wspólne są dwie potrzeby – „jasności” i „wzajemności”. Czyli niewypalające środowisko, to takie, które na te potrzeby odpowiada.

Czego dotyczy „jasność”?

– Jasność dotyczy reguł i zasad. Polega na tym, że zasady są czytelne i obowiązują wszystkich, nie ma żadnej podwójności, nikt nie jest w przykry sposób zaskakiwany. Przewidywanie przyszłości jest trudne w organizacjach pozarządowych. Ale to, kto jest za co odpowiedzialny, już nie jest zależne od tego, czy mamy grant, czy nie.

A „wzajemność”?

– Wzajemność oznacza, że jeżeli w coś się angażuję, to mogę liczyć na to, że i moje pewne potrzeby będą zaspokojone, niekoniecznie materialne. Chodzi o takie poczucie, że nie tylko ja pracuję dla idei. Że jeżeli potrzebuję czegoś od organizacji, to ona mi to da, z równym mojemu zaangażowaniem. Idea nie może być jedyną rzeczą, która buduje moją motywację.

A na czym polega podwójność, o której mówiłaś?

– Na tym, że np. w papierach masz co innego, a co innego w rzeczywistości. Na przykład, kiedy w statutach masz zadania chlubne i chwalebne, ale tych zasad nie realizujesz w ogóle, albo nie realizujesz ich na poziomie własnej organizacji. Jeżeli tak jest – zmień to. To wpływa na wszystkich. Wszelka podwójność jest niszcząca.

Czy wypalenie oznacza konieczność zmiany zawodu?

– To zależy.

Załóżmy, że męczy mnie pisanie o pewnej kategoria problemów – na przykład o Bliskim Wschodzie i czuję w tym zakresie coś, co bliskie jest chyba wypaleniu. Mam przestać pisać w ogóle? Przestać pisać na ten temat?

– Zależy, o co chodzi z tym pisaniem o Bliskim Wschodzie. Czy jesteś zmęczona w ogóle pisaniem, a to pisanie o Bliskim Wschodzie jest dodatkowo frustrujące, czy masz dość pisania w ogóle, czy pisania w określony sposób? A może na przykład masz wrażenie, że wkład i wysiłek w pisanie o zagranicy jest niewspółmierny do wynagrodzenia za to – w tym momencie Bliski Wschód pada ofiarą innych kwestii.

Ludzie czasami przychodzą do psychologa i pytają, co mają zrobić. Ja wtedy pytam się: „z czym”? Dotarcie do tego, w czym jest problem jest najważniejsze. Przeważnie, kiedy się sprawdzi, w czym jest problem, to „co zrobić” przestaje być tak istotne.

Próbujesz powiedzieć, że może być zewnętrzny logiczny powód mojej frustracji, która nie musi być wypaleniem?

– Chcę powiedzieć, że samemu czasami trudno jest to ustalić. Warto mieć z tyłu taki automonitoring, dotyczący relacji samej ze sobą – jak mam się ze sobą, czy jest mi dobrze, czy jestem szczęśliwa, wyspana, wypoczęta, czy zmęczona. Druga rzecz, to jest mój kontakt ze światem – nie z ludźmi, ale ze światem. Czy widzę, co dzieje się wokół mnie. Ja widzę to na przykład przez kontakt z naturą – pogłaskanie kota, wyprowadzenie psa, podlanie kwiatka. Trzecia dotyczy innych osób – jakości i poziomu satysfakcji z relacji z innymi.

Jak mi to pomoże przeciwdziałać wypaleniu?

– Trzeba o to wszystko dbać. Musisz sprawdzać, w których obszarach masz zaległości i co możesz dla siebie zrobić. W życiu nie jest tak, że cały czas krzywa wzrasta. Raz jesteś bliżej, raz dalej. Frustrować się, że czasem jest dalej, nie ma co. Człowiek nie może być cały czas szczęśliwy. Ale jak masz zaznaczone te strefy, które przybliżają cię do dobrostanu i świadomość, o co w tym chodzi, to patrzysz tak konkretnie – że na przykład w tym tygodniu ze sobą byłaś za mało. Musisz sobie to zafundować, koniec, kropka. Jeżeli jesteś zmęczona, to musisz odpocząć.

Bardzo duże zmęczenie może powodować nawet psychozę. Będąc bardzo zmęczoną, możesz nie móc zrobić nawet prostych rzeczy. Trudno jest zapanować nad własnym ciałem, nad własnymi myślami, to może powodować lęki. To jest dla człowieka bardzo destrukcyjne, „ciągle za dużo”, ciągle zadyszka, ciągle w takim niepokoju i napięciu. To jest bardziej rujnujące niż trauma. Więc jak się człowiek tak nadużyje i wyczerpie – ja bym tego nie bagatelizowała.


monika Monika Winek – psycholog, psychoterapeutka, absolwentka szkoły psychoterapii INTRA, członkini zespołu Stowarzyszenia OPTA. Konsultuje i prowadzi terapię w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej, Punkcie Informacyjno-Konsultacyjnym, Stowarzyszeniu OPTA oraz w ramach prywatnej praktyki.